Tekst Magdalena Mrozowska
Pierwszy trafił do naszej redakcji Felek, ale wtedy jeszcze nazywał się inaczej. O jego przeszłości nie wiemy prawie nic, możemy tylko domyślać się, że niegdyś był kotem domowym, który zgubił się lub został porzucony.
Błąkającego się w okolicach dworca kolejowego czarnego kocurka, bez tylnej łapki, wypatrzyła jedna
z naszych czytelniczek. A właściwie to on ją wybrał, pojawiając się nie wiadomo skąd, o szóstej rano na peronie. Był tak spragniony kontaktu z człowiekiem, że pieszczoty przedkładał nad jedzenie, mimo iż był bardzo zabiedzony. Początkowo pani Ania dokarmiała biedaka, ale gdy zauważyła krew sączącą się z nie do końca wygojonej rany, zabrała go do lecznicy, a potem do domu. Bidul, bo tak się wtedy nazywał, przeszedł operację - łapę uciętą częściowo (być może przez koła pociągu) trzeba było w całości amputować. Na czas rekonwalescencji trafił do domu swojej wybawczyni, jej męża i dwóch kotów. Gdy nabrał sił, jego opiekunowie zaczęli szukać mu nowego, odpowiedzialnego domu, początkowo wśród znajomych, potem postanowili zamieścić ogłoszenie adopcyjne w KOCICH SPRAWACH.
W taki oto sposób poznaliśmy historię dworcowego kotka z Mińska Mazowieckiego, zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia i postanowiliśmy, że zamieszka w naszej redakcji. Na nową drogę życia czytelnicy obdarzyli go nowym imieniem Felix, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „szczęściarz", a dla przyjaciół po prostu Felek.
Dwa miesiące po czarnym pojawiła się u nas śliczna i młoda tricolorka, której daliśmy na imię Zuzia.
Skończyła się złota polska jesień, a zaczęły deszcze i pierwsze przymrozki, a to biedactwo, najwyraźniej bezdomne, przybłąkało się do przydomowego ogródka w jednej z podwarszawskich miejscowości. Nie wiadomo, czy urodziła się na pobliskich działkach i gdy wyjechali ostatni letnicy, głód przygnał ją w pobliże osiedla, czy może raczej była owocem nieodpowiedzialności ludzi, którzy lekkomyślnie rozmnożyli swoją kotkę, by w końcu pozbyć się nadprogramowych i zbyt już wyrośniętych kociaków. Sama Zuzia dyskretnie milczy w tej sprawie. W każdym razie przywieziona do nas natychmiast obeszła wszystkie pokoje i słodko przysnęła na parapecie w gabinecie naczelnej - była u siebie. Do tej pory jest największym śpiochem z całej gromadki i nie ma właściwie takiego miejsca, w którym by nie ucięła sobie drzemki, a jej mięciutkie, pastelowe futerko znakomicie komponuje się z kolorystyką redakcyjnego wnętrza. Minął rok i nasz „stan posiadania" zwiększył się do trzech.
Późną jesienią 2007 roku trafił do nas osierocony przez zmarłą opiekunkę, prawie niewidomy kocurek. Jego pani pozostawiła kilkanaście kotów i dwa psy, którymi po jej śmierci zajęli się wolontariusze z fundacji „Niechciane i Zapomniane - SOS dla Zwierząt". Niemłody i niepełnosprawny kot marniał w oczach, bo nie mógł najeść się do syta, odganiany przez silniejszych pobratymców. Najczęściej przesiadywał samotnie gdzieś wysoko, na meblach, a jego szanse na adopcję były niewielkie - zaniedbany i mało przebojowy, nie radził sobie na nieznanym terenie, a na dodatek przyplątała mu się jeszcze paskudna infekcja. Jednak i do niego uśmiechnął się los, któremu na imię KOCIE SPRAWY. Adoptowaliśmy go i po niezbędnej w tej sytuacji kwarantannie dołączyliśmy do naszej kociej rodziny. Nowy, nazwany przez naszych niezastąpionych
czytelników dostojnym imieniem Homer, szybko zaprzyjaźnił się z Felkiem i Zuzią oraz skradł serca nasze i naszych współpracowników. Najmłodszym kotem „kociosprawowym", i wiekiem, i stażem, jest Mania. Małą buraskę, wałęsającą się samotnie po klatce schodowej, znalazła lokatorka jednej z warszawskich kamienic. Nie wiedząc, co począć z taką sierotką, zaniosła ją do sąsiadki, bardziej doświadczonej, bo opiekującej się nie tylko czterema własnymi kotami, ale i stadkiem wolno żyjących. Ponieważ było to 8 grudnia, znajda dostała imię po patronce tego dnia. Mania całkiem ładnie zaaklimatyzowała się w nowym domu, aż tu pewnego dnia, po miesiącu prawie, odnalazł się właściciel kotki i zażądał wydania malutkiej. Pan, znany w okolicy z nadużywania alkoholu i rodzinnych awantur, oskarżył opiekunkę Mani o kradzież kota, którego podobno nabył drogą kupna, za całe 10 zł, od pijaczka spotkanego na ulicy! Nie można było pozwolić, by nieletnia Mania wróciła do rodziny patologicznej, po sąsiedzku ze swoim eks-panem też zostać nie mogła, najlepszym wyjściem okazała się więc przeprowadzka do naszej redakcji. Kotka bardzo szybko dogadała się z kocimi rezydentami, a ludzi ujęła delikatnością i subtelną urodą. Każdego dnia, gdy pojawiamy się w redakcji, nasze koty witają nas już w przedpokoju. Z wyjątkiem Zuzi, która obserwuje wszystko z wysokości znajdującej się nieco w głębi komody. I dopiero, gdy ustanie zamieszanie przy miseczkach, wypełnionych świeżą karmą, gdy
pozostałe koty zaspokoją pierwszy głód, Zuzia schodzi na podłogę i wolniutko podchodzi do jedzenia. Zuzia jest w tym gronie prawdziwą damą, pozostali mieszkańcy naszej redakcji okazują jej szacunek, nie spoufalając się za bardzo. No może z wyjątkiem Mani, która traktuje ją trochę jak mamę, a trochę jak starszą siostrę. Obie kotki naprawdę bardzo się lubią, często śpią razem i myją sobie futerko. Mania, jeszcze do niedawna nieśmiała i płochliwa, szybko nadrabia zaległości. Wszędzie jej pełno, musi zajrzeć do każdego kąta, sprawdzić zawartość toreb i teczek naszych gości. Nareszcie czuje się pewna siebie, bezpieczna i z ochotą przybiega na powitanie nawet nieznajomych. Nasi kocurkowie nie tworzą tak zgranego tandemu jak kocice, ale każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Felek to wielki koci gaduła, chodzi i pomiaukuje przez cały dzień. Musi wszystko widzieć i mieć na oku, jest przecież najstarszy stażem w tym
gronie. Mimo że niepełnosprawny, doskonale radzi sobie z wskakiwaniem na krzesła, a nawet biurko czy szafki kuchenne. Gdy nie ma nic do roboty, najchętniej drzemie na krześle, ukryty pod serwetą, przykrywającą stół. Zapewne z tych dawnych, złych czasów, pozostała mu nieufność do ludzi: niby chce, żeby go pogłaskać, podchodzi i coś tam gada po swojemu, ale gdy się wyciągnie do niego rękę, najczęściej ucieka. Musi minąć parę chwil, by przyszedł i nadstawił łebek na pieszczoty. Takich problemów nie ma Homer, którego jedynym celem jest być jak najbliżej człowieka, najchętniej na człowieku, mruczeć i tulić się do niego bez końca. On do pełni szczęścia potrzebuje tylko przyjaznych rąk. Im więcej, tym lepiej, taki to już „człekolubny" kot się nam trafił. Cztery koty i cztery historie, raczej smutne, czasem wręcz tragiczne, ale zakończone szczęśliwie. Stworzyliśmy naszej gromadce normalny dom, w pewnym sensie daliśmy naszym kotom drugie życie. Nie byłoby to możliwe gdyby nie łańcuszek gorących ludzkich serc, gdyby nie wrażliwość i przekonanie, że nie wolno przejść obojętnie obok zwierzęcia potrzebującego pomocy. Co by się stało z niezagojoną raną Felka? Jaki los spotkałby Zuzię po nadejściu mroźnej zimy? Czy Homer przeżyłby w schronisku, do którego trafiłby być może, gdybyśmy go nie adoptowali? A jak wyglądałoby dalsze życie Mani?
Na szczęście nie musimy już zastanawiać się nad odpowiedziami, bo każdy z naszych kotów spotkał na swojej drodze kogoś życzliwego, kto nie umiał pozostać obojętny wobec jego bezradności, czy wręcz nieszczęścia.