Tekst Karolina Talar, Zdj. Jacek Herok
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 91 maj 2010
Droga Redakcjo. Bardzo zabolała mnie strata Pana Prezydenta i Jego Żony.
To był mój prezydent. Głosowałam na Niego. Zarówno Prezydent, jak i Pierwsza Dama byli pełnymi ciepła ludźmi. Wiem, że kochali zwierzaki. A ktoś, kto kocha mniejszych braci, jest godny szacunku, poważania i miłości. Przygarniali wiele futrzaków. Opowiadanie „Rudolf" napisałam z myślą o Nich.
Karolina Talar
Rudolf
Czy myśleliście kiedyś o szczęściu? Ja ostatnio myślę wciąż i wciąż od nowa. Kiedyś słyszałem, że szczęście jest jak puch na wietrze - przychodzi i odchodzi, kiedy chce...
I chociaż byś się starał najmocniej na świecie, to nigdy nie zatrzymasz go w łapce na stałe.
Nie będę wam opowiadał i nudził, jak to było w tamtym życiu - za kratami schroniska. Prezes - tak na mnie wołano. Ale czemu ja prezesowałem, sam nie wiem, chyba całej bandzie niechcianych psiaków i kotów?
Całymi dniami siedziałem i wpatrywałem się w przestrzeń. Myślami byłem daleko od krat, miałem człowieka... Zastanawiałem się, jak bym to przyjął, gdyby los dał mi jeszcze jedną, jedyną, malusieńką szansę. Jak bym ją wykorzystał?
I chyba ktoś wysłuchał mych próśb i zaklęć.
To było podczas styczniowej premiery musicalu „Koty". Zbierałem pieniądze na rzecz schroniska na Paluchu. Spojrzała na mnie jakoś tak inaczej. Podniosła, przytuliła i powiedziała, że jestem... piękny. Nie zapomnę tego nigdy. Bo co można powiedzieć piękniejszego niechcianemu kotu ze schronu?
Spojrzała na Niego. On spojrzał na mnie. A mnie serce łomotało o żebra.
Spojrzałem w Jego oczy i zobaczyłem w nich życzliwość i dobroć. Uśmiechnął się leciutko, jakby nieśmiało. Pogłaskał mnie po głowie jakoś inaczej niż pozostali. Pogłaskał mnie, bo chciał, a nie dlatego, że fotografowali dziennikarze.
Czułem się odurzony szczęściem, jak po solidnej porcji kocimiętki.
Zabrali mnie do siebie. Miałem już dom, moich własnych ludzi, ręce, które głaszczą i czeszą futerko, pełną miseczkę, ciepłe kolana i mnóstwo papierów na biurku mojego Człowieka. I nowe imię - Rudolf.
To Ona mnie tak nazwała. Z uśmiechem mówiła, że jestem piękny jak Rudolf Valentino. I drapała mnie za uchem...
Czas upływał szybko. Widziałem, jak się cieszyli, widziałem też, jak było Im smutno.
To z tej całej telewizji dowiedziałem się, kim jest. Jaki ważny. Że długo pracuje i często musi wyjeżdżać. A w domu? W domu taki uśmiechnięty zwyczajny człowiek, co to nie wstydzi się kota przy gościach pogłaskać.
Lubiłem tak siadywać koło niego, przytulić się, pomruczeć, dziękując, że wziął mnie do domu.
Nie cierpiałem, kiedy gdzieś jeździli. Nie to, że zostawałem całkiem sam. Ale często spoglądałem w okno, wypatrując i czekając na Nich.
Ostatnio wyszli raniutko, z pierwszym brzaskiem. A ja czekam na ich powrót.
Dnie i noce mijają, a ich nie ma. I czekam. Wciąż czekam.
Wszyscy chodzą smutni, zamyśleni i ze łzami w oczach. I nikt nic nie mówi. Miska jak zawsze pełna, ale jak tu jeść w pustym domu?
Usłyszałem że On wrócił - to gdzie się podziewa? Nie wie, że kot tu czeka? Już ja mu pokażę, jak tylko stanie w drzwiach! Popamięta. Na każdy chrobot biegnę do drzwi, a nuż przeoczę Ich powrót?
Z biurka zniknęły papiery. Nie szkodzi. Wróci, rozłoży nowe, a ja usiądę na nich tyłem do Niego - niech widzi, że się obraziłem. I nie od razu zamruczę, kiedy Ona weźmie mnie na ręce. W końcu nie jestem byle jakim kotem. Jestem kotem Prezydenta.
I tylko nie wiem, czemu patrzycie na mnie ze smutkiem. I czuję, że z łapki wymyka mi się puszek szczęścia.



