Tekst Edyta Turowska
Nasza Fundacja Kocie Życie (kociezycie@wp.pl ) często dostaje mejle typu:
„Szukam dobrego domku dla mojego kota, kot ma 10 lat, a ja będę miała dziecko".
Zamieszczamy oczywiście na naszej stronie ogłoszenie, ale zęby mi się zaciskają jak u buldoga. Dlaczego ciąża jest wyrokiem dla kota? Czy kot po kilkunastu latach przestaje być członkiem rodziny?
Usiłuję zagadywać owe panie, wiem, że pracują nad nimi ciotka, mama, prababka i wuj Zenon. Każdej piszę, że nasza Fundacja to nie stare panny z siwymi kokami, ale ludzie z rodzinami. Dziewczyny mają dzieci małe, duże
i średnie. Koleżanki, które mają niespełna roczne dzieci, biorą nawet tymczasy! Tymczasy, czyli małe, chore, zapchlone koty i szukają dla nich domu.
Moja rodzina pochodzi ze wsi, mieszkaliśmy tam do mojego drugiego roku życia, więc niewiele pamiętam, ale moja mama zawsze kochała koty i kocha nadal. Wiem z opowiadań, że były w domu zawsze, spały z nami, jakoś mi nie zaszkodziły i ciągle żyję. Nawet całkiem nieźle się miewam.
Proponuję przyszłym mamom rozmowę z koleżankami, wejście na stronę. Nie, nie, nie. One nie szukają rozwiązania problemu, już podjęły decyzję.
No tak, ale jakiego problemu? Problemu posiadania kota i dziecka jednocześnie?
Zakładam, że kobieta wie, że będzie chciała mieć dziecko, biorąc kota zakłada, że wyleci on w kosmos po porodzie? Kto weźmie kota, co ma 12 lat? Na jednego się znajdzie chętny, ale na setkę innych? Zdechną w schronisku. Koty umierają, ale te zdechną, pękną im serca z żalu i rozpaczy i niewiedzy, dlaczego straciły dom. Wklejamy zdjęcia koleżanek i znajomych kot plus dziecko, noworodek plus dziecko! I co? Czy ktoś to czyta? Przyszłe mamy prędzej przysiądą nad tym chłamem, którymi wyłożone są kioski. To jest źródło wiedzy? Pytam się, czy zna pani kogoś, kto zaraził się toksoplazmozą, albo człowieka, któremu koty zadusiły dzieci? Nie, nie zna. Skąd ta „wiedza"? Te brednie. Szanuję wszystkie mamy, które się boją, które pytają i upewniają, stosują zabezpieczenia, kuwety czyszczą w rękawiczkach. To osoby, które zasługują na pomoc. Reszta pań, może i nie tylko pań, bo są też ich partnerzy, mężowie utwierdzają je w takiej decyzji.
„Szukam dobrego domku, weźcie ode mnie kota i to już". I dostaję zdjęcia, pakiet zdjęć, przecudnego kota, który
wyciąga się na fotelu, leży na kanapie, podsiaduje na parapecie.
Czy ten kot wie, że za chwilę znajdzie się w klatce w schronisku?
Bo znajdzie się!
To są osoby, które mają uczyć swoje dzieci miłości? Szacunku dla zwierząt?
Wychowywać nowych ludzi? Czasami odpowiadam beznamiętnie, ale nie zawsze daję sobie z tym radę. Czasem płaczę, przeklinam i źle im życzę. I nikt na świecie nie zmusi mnie do wyrozumiałości w tej sprawie.
Nie i już.
Tylko raz jeden przez te wszystkie lata spacerów z Sylwestrem spotkałam ciężarną kobietę, która na dodatek pchała już wózek z dzidzią. Szybko skróciłam smycz, a kobietka do mnie, że nie, że ona kocha koty, że ma koty, żebyśmy podeszli. Pamiętam ją do dzisiaj, to moje wspomnienie do walki z dementorami. W pracy ze zwierzętami najgorsza na świecie jest praca z ludźmi.



