ZWIERZAKI ZACZAROWANEGO OGRODU Opowieści o kocurach cz.1 Tatuś

Tekst Maria Kaniewska
KOCIE SPRAWY - Nr 88 LUTY 2010

Enigmatyczny kocur w eleganckich białych rękawiczkach
i podkolanówkach, z nieco prowokującą plamką na nosie bardzo rzadko dawał o sobie znać i to bynajmniej nie z własnej inicjatywy. Po raz pierwszy został sromotnie odpędzony od rodzonych dzieci, kiedy całkiem niewinnie chciał sobie na nie troszeczkę popatrzeć.
Niefortunny tatuś dobrze zapamiętał tę nauczkę. Wprawdzie za kilka tygodni ponowił próbę, ale tym razem mama kociaków goniła go z taką zaciekłością, że jej drobne nóżki w czarnych podkolanówkach tylko fruwały w powietrzu. Tatuś obraził się i na cały rok wycofał z rywalizacji. W ogrodowym „haremie" słychać teraz było tylko wojujące ze sobą dwa kocury: Koperka i Czarnego Bandytę. A były to walki na śmierć i życie. Koperek zresztą sam był sobie winien, bowiem rok wcześniej bezlitośnie napastował młodego i całkiem jeszcze niedużego czarnego kocurka, aż się w końcu doigrał, kiedy ten przerósł go wzrostem i siłą, mszcząc się przy każdej nadarzającej się okazji za doznane przedtem zniewagi. Nie były to już śpiewy z pogróżkami i zjeżone futra, ale toczące się po ziemi kłębowisko, które można było rozbroić tylko z małej odległości, na przykład polewając walczących rycerzy wodą. Najczęściej jednak odgłosy walki dochodziły z daleka, z różnych stron ogrodu, i kiedy czasami Koperek przychodził się posilić, widzieliśmy, ile go te walki kosztowały: poszarpane uszy, skóra na głowie i grzbiecie w strupach, czasem krwawiące rany, które pozwalał sobie opatrywać. Czarny Bandyta był coraz większy i coraz bardziej dziki i chociaż też nie gardził naszą stołówką, nie było mowy, żeby go choć trochę oswoić.
Wiosną następnego roku Koperek, o dziwo, pojawił się w ogromnym, imponującym futrze, blizny stały się niewidoczne i wszystko wskazywało na to, że oto stoi przed nami prawdziwy samiec alfa. Ale nieoczekiwanie układ sił zmienił się: Koperek zniknął, a Czarny Bandyta najwyraźniej objął panowanie nad wszystkimi Zaczarowanymi Ogrodami w okolicy. Gdzieś tam po drodze jego szlaki skrzyżowały się tym razem z Tatusiowymi ścieżkami, no i znowu się zaczęło! Walki nie były wcale mniej zaciekłe, mimo iż Tatuś sprawiał wrażenie, że jest kotkiem łagodnym i nieśmiałym.
W tym układzie „jeden do jednego" nagle pojawił się jeszcze jeden rywal, rozpieszczony i subtelny Królewicz Rusłan, wprawdzie kastrowany, ale wyraźnie w tym towarzystwie niepożądany. Pewnego razu usłyszeliśmy przeraźliwy wrzask. Nie był to bynajmniej okrzyk bólu, ale śmiertelnego strachu. Zobaczyliśmy, jak Rusłan haniebnie ucieka przed Tatusiem (swoim rodzonym ojcem!), wdrapując się na potężny klon. Zatrzymał się dopiero w rozwidleniu konarów, tak wysoko, że z dołu przypominał bardziej małą koszatkę, a nie dorodnego kocura. Spędził tam długie godziny, chociaż Tatuś dawno już o wszystkim zapomniał i zabrał się spokojnie do jedzenia.
Kiedy takie pościgi zaczęły się powtarzać, a przerażony Rusłan długo nie dawał się namówić do powrotu, musieliśmy dokonać wyboru: albo Tatuś, albo nasz domowy kot. Jeszcze bardziej obawialiśmy się konfrontacji z Czarnym Bandytą, chociaż wydawało się, że obydwa kocury nie traktują Rusłana jak „pełnowartościowego" rywala, któremu trzeba porządnie przetrzepać skórę. Ot, dobrze byłoby przegonić go z terytorium i tyle, tym bardziej że taki tchórz. Cały czas mieliśmy się na baczności, a kiedy wakacje zakończyły się szczęśliwie, z jednym tylko podrapaniem ślicznego różowego noska, zapakowaliśmy rodzeństwo do dwóch komfortowo wymoszczonych klatek, ustawiliśmy je obok siebie i wyruszyliśmy do Warszawy. I wtedy się zaczęło! To już nie były te same grzeczne kotki, które jadąc w maju na wakacje cicho popłakiwały od czasu do czasu. Teraz przy akompaniamencie straszliwych wrzasków co chwilę w moją stronę wysuwały się straszliwe, opancerzone łapy, aby rozszarpać mnie, siedzenia samochodu i wszystko, czego tylko zdołały dosięgnąć. Wszystkie podkładki, podściółki, maty po pierwszym kwadransie poszły w strzępy. Nie pomogło czułe przemawianie, a o głaskaniu nie mogło być mowy - o czym przekonałam się po pierwszym, wyjątkowo bolesnym drapnięciu. Trzeba było usiąść jak najdalej i - dotrwać do końca podróży.
Ale to nie był koniec problemów. Osamotniony przez długie miesiące wakacji Borysek stał się w tym czasie wyjątkowo rozkapryszonym jedynaczkiem. Domagał się ciągłej uwagi, grymasił, popłakując wymuszał pieszczoty i coraz bardziej wyrafinowane smakołyki, obrażał się nieustannie za wychodzenie z domu, za głaskanie innego kota, za wszystko. Powrót szarych urwisów, których znowu było wszędzie pełno, był jak kubeł zimnej wody, jak nowy braciszek, któremu mama poświęca więcej uwagi. Tragedia!
I oto nastąpiła cudowna odmiana, i to dzięki Szarusi. Zaczęła coraz częściej przymilać się do Borysa: a to polizała go po główce, a to przytuliła się, kiedy leżał na kocyku pod lampą. Nie było to wcale łatwe, o nie! Nieraz oberwała łapą, a najczęściej Borys uciekał od tych karesów i z obrażoną miną siedział na podłodze. Szarusia jednak wytrwale dążyła do celu i oto pewnego dnia Borys odwzajemnił jej pieszczoty. Wprawdzie kiedy już umyli sobie pyszczki, rozpętała się dzika bitwa, ale w końcu zmęczeni zasnęli, przytuleni do siebie. I to było zwycięstwo. Teraz bywały czułe objęcia, przytulanki, mycie uszek, aż się łebki kiwały.
Wszystko byłoby pięknie, ale kiedy układ: rodzeństwo kontra Borys zmienił się w czułą parę Szarusia-Borys, Rusłan począł się odtrącony. Zaczęło się siusianie do łóżka, na krzesła, na poduszki. Długo nie mogliśmy sobie wytłumaczyć, dlaczego nagle ten spokojny, bezkonfliktowy kot zachowuje się tak złośliwie. Zmienialiśmy żwirek, myśląc, że może ten rodzaj przestał mu odpowiadać, radziliśmy się znajomych i weterynarzy, aż w końcu jeden z nich wytłumaczył, że to jest problem psychologiczny, że bywają koty, które nie tolerują innych kotów w domu, jeśli mieszkanie jest za małe. Że taki kot musi mieć oddzielną miseczkę i kuwetę (wytłumaczcie to pozostałym kotom!), że cały czas cierpi i w ogóle najlepiej byłoby mu znaleźć znajomy zaprzyjaźniony, wypróbowany dom, gdzie będzie najwierniejszym przyjacielem. Nie musi nawet mieć ogródka, wystarczy, że będzie sam, najważniejszy i jedyny.
Przyznam, że zupełnie serio szukaliśmy takiego domu. Na szczęście nie było to takie proste. Na szczęście, bo kiedy zaczęliśmy wzajemnie okazywać sobie więcej uwagi i uczucia: Rusłan nauczył się aportować myszkę, a my chwaliliśmy go za każdy sukces, popisywał się różnymi minami i pozami, zawsze podziwiany i chwalony - problemy skończyły się jak ręką odjął. Wymaga to jednak niesłychanej czujności, bo Borys czujnie obserwuje każdy gest i każde słowo pochwały. Musi otrzymać przynajmniej tyle samo. Najprościej byłoby mieć przez cały czas dwie wolne ręce do jednoczesnego głaskania szarego i czarnego łebka...

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl