Tekst Barbara Ogonowska
Wyruszając do Australii chyba mało kto myśli o kotach. Marzy się o spotkaniu słodkich misiów koala, oglądaniu stad skaczących kangurów, kolorowych wrzaskliwych papug lub ogromnych i złowrogich
krokodyli słonowodnych. Albo też pieści się deskę surfingową, wyobrażając sobie wspaniałe, piaszczyste plaże i rwące fale oceanu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na koty - a raczej na ich brak. Z internetowych kontaktów wiem, że w Australii nie brakuje miłośników kotów. W sklepach australijskich są góry karmy dla kotów, również rodzimej produkcji (kupiłam nawet parę puszek australijskich przysmaków dla Rangoona), tudzież wszelkie wyposażenie dla futrzaków - dowód kolejny, że ich nie brakuje. W największej księgarni w Sydney wielkie bogactwo kociej literatury, również rodzimych autorów (niestety, limit wagi bagażu nie pozwolił mi na zakupy). Tymczasem kotów nie uwidzisz ani na lekarstwo. Nie oczekiwałam spotkania kota domowego w buszu czy lesie tropikalnym, ale nie zauważyłam żadnego przed domami, w ogródkach, na ulicach czy w oknach, ani też osób z transporterami w autobusach. W czasie trzytygodniowej podróży spotkałam zaledwie jednego kota - na smyczy, w centrum handlowym w Manley.
Podobna sytuacja w galeriach sztuki: pośród niezwykle interesujących obiektów sztuki współczesnej w Canberze zauważyłam jedynie jedną grafikę - portret z kotem. W Brisbane już witałam się z gąską: na wystawie obrazów zmarłego w 1970 r. malarzasamouka J. Fardoulysa (pochodzenia greckiego), znalazłam pięć obrazów portretujących koty o nieco złowrogiej aparycji - niestety fotografować nie wolno. Wystawa składała się z dzieł pożyczonych od prywatnych kolekcjonerów i nie udało mi się uzyskać zgody na opublikowanie jedynej znalezionej pocztówki z wyobrażeniem kota tego autora. Pośród obrazów i rzeźb z dawniejszych okresów, łącznie z wiktoriańskim, nie znalazłam ani jednego kota. Psów za to był wielki dostatek. Najwyraźniej koty nie cieszyły się większym zainteresowaniem wczesnych osadników i artystów australijskich ani przyjezdnych - choć przecież wiadomo, że właśnie epoka wiktoriańska była szczególnie bogata w kocie wyobrażenia.
Za to w samym centrum Brisbane trafiłam przypadkiem do, jak się później okazało, dość słynnej restauracji, gdzie oprócz tradycyjnych dań australijskich - ryby (baramundii) tudzież befsztyka z frytkami, serwowano kuchnię włoską, zmodyfikowaną elementami tajskiej. Jedzenie było znakomite, obsługa sympatyczna, a ceny - o dziwo - bardzo przystępne. Udając się od toalety, zdziwiłam się niemało, widząc koło schodków dwie duże figury czarnych kotów. Kiedy je podziwiałam, poznany właśnie kelner, z którym uprzednio dyskutowałam przy stole o kotach (miał dwa własne w domu), zaprowadził mnie do baru, gdzie na rogu szynkwasu tronowała ogromna, srebrna rzeźba dwóch lampartów. Gdy następnego dnia wróciłam tam, żeby zrobić zdjęcia, jeden z kelnerów z wyraźną dumą poinformował mnie, że owe srebrzyste lamparty, wykonane z posrebrzanego brązu i ważące 450 kg, zostały zakupione przez właściciela lokalu w Meksyku za 150 tys. dolarow. Zresztą cała restauracja pełna była rozmaitych eksponatów, a koło toalety stały figury Armstronga, Presleya i Marilyn Monroe, w części damskiej zaś wisiały fotosy Audrey Hepburn z cytatami z wywiadów i filmów.
Wracajmy do australijskich kotów.
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 95 wrzesień 2010 i Nr 96 - październik 2010



