Tekst Barbara Ogonowska
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 95 wrzesień 2010 i Nr 96 październik 2010
Wyruszając do Australii chyba mało kto myśli o kotach. Marzy się o spotkaniu słodkich misiów koala, oglądaniu stad skaczących kangurów, kolorowych wrzaskliwych papug lub ogromnych i złowrogich
krokodyli słonowodnych. Albo też pieści się deskę surfingową, wyobrażając sobie wspaniałe, piaszczyste plaże i rwące fale oceanu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na koty - a raczej na ich brak. Z internetowych kontaktów wiem, że w Australii nie brakuje miłośników kotów. W sklepach australijskich są góry karmy dla kotów, również rodzimej produkcji (kupiłam nawet parę puszek australijskich przysmaków dla Rangoona), tudzież wszelkie wyposażenie dla futrzaków - dowód kolejny, że ich nie brakuje. W największej księgarni w Sydney wielkie bogactwo kociej literatury, również rodzimych autorów (niestety, limit wagi bagażu nie pozwolił mi na zakupy). Tymczasem kotów nie uwidzisz ani na lekarstwo. Nie oczekiwałam spotkania kota domowego w buszu czy lesie tropikalnym, ale nie zauważyłam żadnego przed domami, w ogródkach, na ulicach czy w oknach, ani też osób z transporterami w autobusach. W czasie trzytygodniowej podróży spotkałam zaledwie jednego kota - na smyczy, w centrum handlowym w Manley.
Podobna sytuacja w galeriach sztuki: pośród niezwykle interesujących obiektów sztuki współczesnej w Canberze zauważyłam jedynie jedną grafikę - portret z kotem. W Brisbane już witałam się z gąską: na wystawie obrazów zmarłego w 1970 r. malarzasamouka J. Fardoulysa (pochodzenia greckiego), znalazłam pięć obrazów portretujących koty o nieco złowrogiej aparycji - niestety fotografować nie wolno. Wystawa składała się z dzieł pożyczonych od prywatnych kolekcjonerów i nie udało mi się uzyskać zgody na opublikowanie jedynej znalezionej pocztówki z wyobrażeniem kota tego autora. Pośród obrazów i rzeźb z dawniejszych okresów, łącznie z wiktoriańskim, nie znalazłam ani jednego kota. Psów za to był wielki dostatek. Najwyraźniej koty nie cieszyły się większym zainteresowaniem wczesnych osadników i artystów australijskich ani przyjezdnych - choć przecież wiadomo, że właśnie epoka wiktoriańska była szczególnie bogata w kocie wyobrażenia.
Za to w samym centrum Brisbane trafiłam przypadkiem do, jak się później okazało, dość słynnej restauracji, gdzie oprócz tradycyjnych dań australijskich - ryby (baramundii) tudzież befsztyka z frytkami, serwowano kuchnię włoską, zmodyfikowaną elementami tajskiej. Jedzenie było znakomite, obsługa sympatyczna, a ceny - o dziwo - bardzo przystępne. Udając się od toalety, zdziwiłam się niemało, widząc koło schodków dwie duże figury czarnych kotów. Kiedy je podziwiałam, poznany właśnie kelner, z którym uprzednio dyskutowałam przy stole o kotach (miał dwa własne w domu), zaprowadził mnie do baru, gdzie na rogu szynkwasu tronowała ogromna, srebrna rzeźba dwóch lampartów. Gdy następnego dnia wróciłam tam, żeby zrobić zdjęcia, jeden z kelnerów z wyraźną dumą poinformował mnie, że owe srebrzyste lamparty, wykonane z posrebrzanego brązu i ważące 450 kg, zostały zakupione przez właściciela lokalu w Meksyku za 150 tys. dolarow. Zresztą cała restauracja pełna była rozmaitych eksponatów, a koło toalety stały figury Armstronga, Presleya i Marilyn Monroe, w części damskiej zaś wisiały fotosy Audrey Hepburn z cytatami z wywiadów i filmów.
Wracajmy do australijskich kotów. Otóż problem polega na tym, że australijskich kotów nie ma. Przed wiekami istniało spore stworzenie mięsożerne, któremu nadano nazwę tygrysa tasmańskiego. Przed 5. tysiącami lat przybycie na kontynent psów dingo (dingo są też imigrantami i trafiły do Australii z żeglarzami indonezyjskimi), nowoczesnych ssaków polujących w stadzie, położyło stopniowo kres ich panowaniu. Kiedy biali ludzie odkryli Australię, tygrysy tasmańskie żyły jeszcze tylko w Tasmanii, gdzie dingo nie ma. I stąd zapewne pochodzi ich nazwa, jako że z tygrysami wspólne mają jedynie pręgowane grzbiety. Z twarzy przypominały raczej psy, a w ogóle były torbaczami, i to dość oryginalnymi, jako że w torbę na brzuchu zaopatrzone były nie tylko samice, ale i samce. Do czego dingo potrzebowały prawie 5. tysięcy lat, biali osadnicy uzbrojeni w broń palną dokonali w ciągu niecałych 100. lat - ostatni okaz tygrysa tasmańskiego zmarł w 1932 r. w zoo w Hobart. Obecnie uczeni australijscy podjęli drugą już próbę sklonowania tego stworzenia z posiadanego w muzeach materiału genetycznego.
Obowiązki naturalne kotów pełniły w Australii niewielkie leśne mięsożerne torbacze, w miarę puszyste i ogoniaste, które do dziś określa się mianem dzikich kotów australijskich - quolle, pokryte ciemną sierścią w cętki, żywiące się myszami, szczurami (zapewne też torbaczami), drobnymi jaszczurkami, owadami i owocami. Jednakże liczba ich drastycznie spada - są gatunkiem zagrożonym wyginięciem.
I tu wkraczają na scenę nasze rodzime mruczki. Swego czasu dziwiłam się dość egzaltowanym internetowym wypowiedziom, kociolubnych skądinąd Australijczyków, na temat szkodliwości kotów na wolności, oskarżającym koty domowe (głównie bezdomne i zdziczałe) o niszczenie drobnej fauny i ptaków. Wypowiedzi te przyjmowane były zresztą z niejakim lekceważeniem i niedowierzaniem przez europejskich i amerykańskich internautów - bezdomne koty, nawet zdziczałe, na naszych szerokościach
geograficznych to na ogół zabiedzone, wychudłe, przerażone, małe koty - rzadko dorównują rozmiarami kotom domowym żyjącym w dobrobycie i doprawdy nie stanowią wielkiego zagrożenia dla naszej rodzimej fauny, tym bardziej iż nasze kontynenty szczycą się posiadaniem prawdziwych dzikich kotów różnych rozmiarów. Pobyt w Australii uprzytomnił mi, że z punktu widzenia Down Under sprawa ma się zupełnie inaczej.
Jak już wiemy, Australia jest jedynym kontynentem, który nie miał nigdy własnego kota, a jej fauna jest muzealnym przeżytkiem praczasów, znakomicie przystosowanym do życia w australijskim ekosystemie.
Jakim sposobem zatem nasze mruczki dotarły do Australii? Tego nikt dokładnie nie wie. Mało prawdopodobne, aby pierwsi biali mieszkańcy przybyli na kontynent z kotami, gdyż byli to więźniowie. Mogły się pojawić z pierwszymi cywilnymi osadnikami, ale podejrzewa się raczej, że pierwszymi kocimi osadnikami były koty okrętowe, które zdołały uratować się z bardzo licznych katastrof morskich, jakie były częstym losem odkrywców i kupców, jeszcze w okresie przedosadniczym. Wyjaśniałoby to fakt, że już w 1850 r. odnotowano w Australii istnienie stad zdziczałych kotów dziesiątkujących drobną faunę miejscową - koty te podobno rozmiarami znacznie przekraczają zwykłe domowe futrzaki. Rodzime mięsożerne torbacze, jak również wszelkie inne torbacze niewielkich rozmiarów - a jest ich wielka rozmaitość - nie mają żadnych szans w konkurencji z imigrantami na czterech łapach, uzbrojonymi w ostre pazury i wyposażonymi przez naturę w ogromną siłę rozrodczą - toż koty wydają na świat liczne potomstwo parę razy do roku, podczas gdy torbacze mogą odchować najwyżej dwoje dzieci (w torbie są tylko 2 sutki i drugi torbaczyk zajmuje miejsce w torbie, dopiero gdy pierwszy jest już prawie dorosły). Wydaje się, że podobnie sprawa wygląda z licznymi pierzastymi, skrzydlatymi, rdzennymi mieszkańcami kontynentu.
Z tej też przyczyny władze australijskie apelują o trzymanie kotów w domowym zaciszu, ograniczanie ich swobody, propagują programy sterylizacji (niektórzy tameczni internauci wyrażają nawet obawę, iż wobec tej polityki wkrótce zaniknie gatunek kota domowego i ostaną się tylko osobniki rodowodowe, których ceny będą rosły w nieskończoność). W jednym z parków narodowych zauważyłam nawet tablicę i nabyłam, rzecz jasna, w charakterze dowodu rzeczowego, którą zaleca się umieszczać we wszystkich dostępnych miejscach, aby przypominać mieszkańcom, iż koty są zagrożeniem dla rodzimych ptaków. Mówiono mi nawet, iż w stanie Victoria dopuszcza się posiadanie 4. kotów na rodzinę, a na posiadanie większej liczby kotów należy zdobyć licencję.
Wygląda na to, że felis domestica australijski poddany jest dość surowej dyscyplinie. Z drugiej jednak strony, tameczni kociolubni twierdzą, że stosunkowo niewielka liczba kotów i zamożność mieszkańców Australii przekłada się na większą o nie troskę i - w porównaniu z innymi krajami - mniejszą liczbę kotów opuszczonych i bezdomnych. Nawet podczas kataklizmów myśli się o czworonożnych domownikach. Podczas zeszłorocznych pożarów na południu Australii ośrodki przyjmujące pogorzelców przygotowane były na przyjęcie ich psów i kotów: oferowały im również karmę i opiekę medyczną. Jedna z australijskich internautek kociego
portalu relacjonowała, że kiedy siedziała w domu otoczonym pożogą, w upale, swądzie i padającym zewsząd popiele, jeden z jej kotów doznał zapaści, udało jej się wtedy połączyć z ośrodkiem weterynaryjnym w odległym mieście, skąd poinstruowano ją, jak udzielić kotu pierwszej pomocy i ów kot do dziś ma się znakomicie.
Obowiązki naturalne kotów pełniły w Australii niewielkie leśne mięsożerne torbacze, w miarę
puszyste i ogoniaste, które do dziś określa się mianem dzikich kotów australijskich
- quolle, pokryte ciemną sierścią w cętki, żywiące się myszami, szczurami (zapewnie też
torbaczami), drobnymi jaszczurkami, owadami i owocami. Jednakże liczba ich drastycznie spada - są gatunkami zagrożonymi wyginięciem.
O kotach można opowiadać bez końca, ale przecież podróżowałam tropami kangurów. Wypada zatem
podzielić się i bardziej australijskimi wrażeniami. Oto niemal od samego początku pobytu musiałam
weryfikować na bieżąco moje własne wyobrażenia, oczekiwania i poglądy. Na pierwszy, nawet na drugi rzut
oka Australia wcale nie jest aż tak egzotyczna: ogromne, bardzo nowoczesne miasta (np. Canberraktóra choć nie cieszy się szczególną popularnością u Australijczyków, jest piękna, zielona, przestronna i w dodatku jedyna w swoim rodzaju, jako miasto zbudowane od zera według projektu jednego tylko architekta), z egzotyczną wkładką licznych kokabur siedzących w Hyde Parku w Sydney, tudzież białych kakadu, które niczym stado kur spacerowały sobie pośród publiki w parku koło Opery, piękne, nowoczesne muzea i galerie sztuki, małe miasta i osiedla wyglądające nieco jak Kalifornia z bardziej egzotyczną roślinnością lub jak dekoracje do westernów (dalej od wybrzeża), w parkach narodowych wytyczone szlaki, wszelkie ciekawostki dokładnie opisane na tablicach, miejsca kempingowe z wszelkimi udogodnieniami sanitarnymi (a tu w gąszczu wrzeszczą papugi, a bladym świtem lub o zmroku kicają kangury), wszelkie wycieczki organizowane - na Rafie Koralowej, w bagnistych lasach tropikalnych itp. - dysponują pełną gamą środków bezpieczeństwa, a nierzadko instruktorami i przewodnikami wielojęzycznymi. Nawet z wyobrażeniem koala, wiszących na drzewach jak puchate gruszki, trzeba było szybko się pożegnać. Nie udało nam się zobaczyć ani jednego misia na swobodzie. Może mieliśmy pecha, bo niektórzy przygodnie nagabywani mieszkańcy „koalich" miejsc (w miastach) twierdzili, że czasem się zdarza spotkać misia na piechotę, inni zaś - twierdzący, że uprawiają regularnie wycieczki w buszu - wyznawali, że nigdy w życiu koali na wolności nie wiedzieli.
Z kangurami poszło łatwiej: pierwsze „bliskie spotkanie" nastąpiło na przeznaczonej na pikniki, ale odludnej polanie, tuż przy plaży, nad brzegiem Morza Tasmańskiego. Grupka sporych kangurów oraz parę wallabi raczyły się soczystą trawą i wcale im nie przeszkadzały nasze niezdarne podchody z kamerami. Musiały być przyzwyczajone do ludzi, gdyż spotykane później (bladym świtem lub tuż przed zachodem słońca) grupki i stada kangurów skocznie oddalały się przy pierwszej próbie nawiązania bliższego kontaktu. Pozostałe torbacze jak i stekowce czy emu w ogóle nie raczyły się pokazać spragnionemu egzotyki turyście, mimo przemierzania kilometrów buszu czy lasów eukaliptusowych. Nic w tym zresztą dziwnego - większość rodzimych „Australijczyków" to zwierzęta nocne. My zaś, po zapadnięciu egipskich ciemności, zwykle w popłochu szukaliśmy noclegu. W celu zawarcia bliższej znajomości z fauną australijską musieliśmy udać się do zoo lub do specjalnych farm zajmujących się ochroną, badaniem czy leczeniem zwierząt, a także popularyzacją wiedzy i pokazami dla turystów. A jest ich niemało.
Dzięki tym wizytom dostąpiłam przyjemności wielokrotnego głaskania koali, karmienia kangurów i wallabi mają aksamitne nosy niczym koty, za to oswojone z ludźmi domagają się poczęstunku, łapiąc za ramiona, odzież czy klamry i wyrywając torebki z krokietami z rąk), obejrzenia z bliska wombatów i rozmaitych innych przedstawicieli torbaczy, spotkania emu i kazuarów oraz ogromnej ilości papug, papużek i innych skrzydlatych, z reguły niezmiernie hałaśliwych, za to bardzo kolorowych, tudzież niechętnego podziwiania wielkiej liczby mniejszych, większych i ogromnych krokodyli. Wizyty te, oraz przede wszystkim pobyt w Taranga ZOO w Sydney, uświadomiły mi pewną różnicę w stosunku do innych zwierzyńców, jakie dotychczas udało mi się w różnych częściach świata odwiedzić. Oto wszelkie okazy, również fauny nieaustralijskiej, najwyraźniej dobrze się tam czuły. Nawet gady i płazy, z natury mało ruchliwe, nie ukrywały się gdzieś po kątach, ale prowadziły wcale ożywione życie towarzyskie: żółwie bawiły się w berka, węże szwendały się po kojcach kiwając ku nam głowami, jaszczurki machały łapką, kolczatka biegała w biały dzień, emu wydawały gardłowe odgłosy.
Spotkaliśmy nawet misia koalę imieniem Oskar, który wbrew rozpowszechnionej opinii o lenistwie koali i ich
znarkotyzowanych minach (nie da się ukryć, że to prawda) wcale żwawo biegał po ziemi, a spojrzenie jego
błyszczących oczu było nader inteligentne. W zoo w Sydney obejrzawszy w towarzystwie przewodnika
faunę australijską, nie odmówiłam sobie przyjemności odszukania wybiegu pantery śnieżnej, jednego z moich
ulubionych dzikich kotów. Siedziały dwa wspaniałe egzemplarze, z których jeden podniósł się nagle i zamiauczał rozdzierająco, niczym domowe kociątko, po czym zaczął przemierzać miarowym krokiem powalone pnie, demonstrując przeogromny, długi i gruby ogon, najwspanialszy jaki miałam okazję podziwiać w mojej karierze wielbiciela ogonów.
Dowodem niezwykłej dbałości Australii o bezcenne, bo przecież jedyne tego rodzaju na świecie, rodzime
zwierzęta, są również tablice, gęsto przy wszelkich drogach rozmieszczane, z numerem telefonu, pod który
zgłaszać należy wszelkie wypadki lub spotkania zranionych bądź chorych zwierząt. Że konieczne, przekonują leżące na poboczach liczne ciała potrąconych przez samochody kangurów i wallabi.
I szpitale... Odwiedziłam w Port Macquarie szpital dla koali, gdzie rekonwalescentami po operacjach zajmują się wolontariusze, a pacjenci po wydobrzeniu są, w miarę możliwości, odstawiani w miejsce stałego zamieszkania (koala są terytorialne). Niestety, istnieje też druga, mniej przyjemna strona medalu. Chyba każdy pamięta zabawną scenkę z „Crocodile Dundee", w której m. in. przy pomocy stanika bohater wypłasza nocnych kłusowników strzelających dla zabawy do kangurów w świetle reflektorów. Przewodniczka w Taranga ZOO opowiadała ze znacznym wzburzeniem, że tego typu nielegalne „rozrywki" wcale nie są rzadkością. W dodatku „kawalarze" nie troszczą się nawet o to, czy zwierzę jest ranne, czy martwe i odjeżdżają sobie w siną dal, pozostawiając zbieranie ofiar właścicielom gruntów, na które się bezprawnie wdarli.
Prawdziwą egzotyką zapachniało na północy, kiedy nurzając się w ciepłych falach Rafy Koralowej podziwiałam koralowce i kolorowe ryby, oglądałam plaże, gdzie kąpać się można tylko w ogrodzonych siatkami zagrodach, aby nie narazić się na spotkanie z krokodylem lub parzącymi meduzami.
Niezapomniane są też przeżycia z Parku Narodowego Kakadu, gdzie powitała nas siedząca na gałęzi tuż
przy wejściu biała papuga, a płynąc łodzią po rozlewiskach South Alligator River (zoologiczny błąd odkrywcy), obserwowałam ptaka, który płynąc żabką pod wodą polował na ryby, po czym wynurzył się z nadzianą na dziób rybką i żarłocznie ją pochłonął. Tuż obok lokalny orzeł wodny, przycupnięty na gałęzi, rozdzierał dziobem łup, za chwilę tuż przed moim nosem krokodyl upolował i zeżarł węża, na brzegu białe kakadu pożywiały się dzikimi owocami passiflory, a na co drugim drzewie siedział spory biało-brązowy ptak, którego głos, w mniemaniu aborygenów, przynosi nieszczęście. Opuszczając park, trafiłam jeszcze na stadko czarnych kakadu, które na widok kamery odleciały w popłochu, a w zapadającym zmroku żegnały nas siedzące przy drodze wallabi. Ostatnim pożegnaniem tropiku był dingo, który jak duch przemknął przed samochodem, migocząc ślepiami w świetle reflektorów. Potem samolot do Sydney, jeszcze wizyta w operze. Pobyt na antypodach zakończyłam optymistyczną kocią nutą. Kasjerka w Operze ma białego kota o zielonych oczach!