Tekst Bohdan Witwicki
Magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 89 MARZEC 2010
Gdzie można jeszcze oglądać prawdziwą, nieskażoną cywilizacją przyrodę? Miejsc takich jest coraz mniej. Dzięki safari w Parku Narodowym Krugera w Republice Południowej Afryki mogłem zasmakować w obcowaniu z prawdziwie „dziką" przyrodą.
Pierwsze wrażenia
Do RPA dotarłem lecąc z Polski samolotem do Johannesburga. Tam wypożyczyłem samochód, bo to jedyny, ale i najlepszy, środek lokomocji, nadający się do zwiedzania tego fascynującego kraju. W RPA obowiązuje ruch lewostronny, ale do samej jazdy po lewej stronie można się przyzwyczaić, tym bardziej że drogi są bardzo dobre, a oznakowania czytelne.
Z lotniska w Johannesburgu wyjeżdżam autostradą w kierunku Mozambiku. Do Parku Krugera jest stąd niecałe 500 km. Tutaj jazda jest dużą przyjemnością. Nie tylko ze względu na otaczające, piękne krajobrazy. Z autostrady zjeżdżam w miejscowości o znajomo brzmiącej nazwie Belfast. Pierwszy nocleg mamy zaplanowany w miejscowości White River, nieopodal bram Parku. Wybieram dłuższą drogę, by podziwiać krajobrazy Trasy Panoramicznej.
W Parku Krugera
Budzę się wcześnie rano, podniecony czekającą przygodą. Szybkie śniadanie i kieruję się w stronę Parku. Jeszcze tylko formalności (potwierdzenie noclegów w wybranych obozach) i już jestem na terenie jednego z największych afrykańskich rezerwatów przyrody. Obszar parku znalazł się pod ochroną w 1898 roku, kiedy to prezydent Transwalu Paul Kruger założył rezerwat Sabie, obejmujący tereny pomiędzy rzekami Sabie i Crocodile. Miał to być teren myśliwski, chroniony i kontrolowany przez władze państwowe. W 1926 roku połączono Sabie z sąsiednim rezerwatem Shingwedzi i licznymi prywatnymi farmami. Tak powstał Park Narodowy Krugera, który od 1927 roku jest udostępniony turystom.
Od 2002 roku wraz z parkami narodowymi Gonarezhou w Zimbabwe, ale przede wszystkim Parkiem Narodowym Limpopo w Mozambiku (park leży obecnie na terenie dwóch państw, RPA i Mozambiku), stał się częścią ogromnego Great Limpopo Transfontier, którego powierzchnia wynosi łącznie ponad 35 tys. kilometrów kwadratowych.
To naprawdę bardzo duży obszar, znakomicie przygotowany na przyjęcie turystów. Park to ok. 700 km dróg asfaltowych i 1200 km szutrowych. Prowadzi do niego 9 bram wejściowych, a na jego terenie znajduje się 12 ośrodków noclegowych (rest camps) i kilka mniejszych i skromniejszych tzw. bushveld camps. Ośrodki noclegowe to tak naprawdę małe „osady". Znajdują się tu przede wszystkim bungalowy, ale też jest pole namiotowe, bar i restauracja. Jest również sklep z żywnością i pamiątkami.
Safari
Wjeżdżam do Parku bramą Numbi. Przy wjeździe sprawdzane są moje rezerwacje. Dobrze, że wcześniej miałem wszystko zorganizowane, bo na miejscu nie można liczyć na wolne miejsca. Po załatwieniu formalności przekraczam bramy Parku. Wyraźne znaki informują, że na terenie Parku można się poruszać z maksymalną prędkością 50 km na godz. jadąc drogami asfaltowymi i 40 km na godz. poruszając się drogą szutrową.
Jadę powoli rozglądając się za zwierzętami.
Ruch w Parku jest niewielki. Na drogach asfaltowych co kilkanaście kilometrów spotykam jadący z naprzeciwka samochód. Czasami auto zatrzymuje się na środku drogi z powodu obserwacji zwierząt, które są „na wyciągnięcie ręki".
Na terenie Parku Krugera można zobaczyć ok. 336 gatunków drzew, 49 gatunków ryb, 35 gatunków płazów, 115 gatunków gadów, 507 gatunków ptaków i 140 ssaków. Wśród nich jest obecnie ok. 8500 słoni i 600 białych nosorożców. Niemal w każdym zakątku parku żyją impale, bawoły, żyrafy, zebry, gnu, kudu, pawiany, koczkodany, gepardy, lamparty. Wiele osób przyjeżdża, tu by zobaczyć tzw. wielką piątkę, czyli lwy, lamparty, słonie, bawoły i nosorożce.
Przedsmak czekających niespodzianek to pierwsze spotkanie z rodziną słoni. Mama słonica z dwoma młodymi słoniami. Młodszy ma kilka miesięcy. Podczas gdy mama i starszy brat lub siostra zajęci byli wyszukiwaniem co smakowitszych roślin, maluchowi najwyraźniej moja obecność nie przypadła do gustu. „Stawiając" uszy i unosząc małą trąbę zaczął straszyć, wykonując kilka szybkich kroków w przód, po czym cofał się szybko. Jeszcze tego samego dnia udaje mi się spotkać samotnego geparda spacerującego wzdłuż drogi, którą powoli jechałem szukając zwierząt. Nie zwracał uwagi na samochód, majestatycznie krocząc po swoim terenie. Wskoczył na powalony konar drzewa, gdzie z wysokości obserwował okolicę. Patrzyliśmy tak na siebie długą chwilę. Zeskoczył z drzewa i udał się w kierunku pobliskiego, na wpół wysuszonego jeziorka. Śledziłem jego wędrówkę, jednak nasze drogi musiały się w końcu rozejść, a ja powinienem dojechać przed zmrokiem do obozowiska.
Kolejny dzień to przejazd ze Skukuzy do Letaby. Na mapie to „tylko" 170 km, jednak prawdziwe safari po parku zajmuje mi ponad
9 godzin. Trudno nie zatrzymać się na obserwację próbujących swoich sił, walczących młodych słoni, majestatycznie kroczących żyraf czy też licznych stad antylop i żyraf. Od czasu do czasu spotykam małpy, które potrafią rozsiąść się na środku drogi, nie pozwalając na przejazd.
Spotkanie z lwią rodziną
Największa przygoda w Parku Krugera dopiero przede mną. Po nocy spędzonej w obozowisku Satara wyjeżdżam tuż po otwarciu bram. W planie mam 3-godzinny objazd okolicznych dróg, by przed 8.00 wrócić na śniadanie.
Zjeżdżam z asfaltowej na szutrową drogę, która wije się początkowo wzdłuż brzegów rzeki Olifants. Kilka razy zatrzymuję samochód, wyłączam silnik i wsłuchuję się odgłosy budzącego się dnia. Bliski kontakt z piękną przyrodą nastraja melancholijnie. Okolica jest bardzo wysuszona. Przyjechałem pod koniec wiosny, gdy nie ma jeszcze bujnej, zielonej roślinności. Dzięki temu łatwiej jest obserwować zwierzęta. Jadę godzinę, wypatruję. Niespodziankę sprawił stojący w cieniu niewielkich drzew samotny zwierzak. W takim miejscu nie spodziewaliśmy się ujrzeć hipopotama. Tym bardziej że było to ok.
3-4 km od rzeki. Powoli wracam, jadąc w kierunku obozowiska.
Tuż za kolejnym zakrętem, na brzegu drogi leżała lwica. PRAWDZIWY LEW!. Pierwszy lew spotkany w Parku i to „na wyciągnięcie ręki". Bardzo wolno podjeżdżam, aby go nie spłoszyć. Obecność samochodu nie robi na nim wrażenia, podjeżdżam więc bliżej, może 6-8 metrów, wyłączamy silnik. Strzały migawki nie płoszą lwa. Nie zwraca na mnie uwagi. Słyszę, jak ciężko dyszy. Z respektem podziwiam wspaniałe zwierzę. Leży spokojnie, a ja zastanawiam się, czy jechać dalej, czy też jeszcze chwilę popatrzeć - drugi raz takiego spotkania mogę już nie doświadczyć. Jeszcze pięć, dziesięć minut pobędę z lwem. Lwica obraca się z boku na bok, odpoczywając. W pewnej chwili unosi łeb i wyraźnie zaczyna rozglądać się, wąchać wyciągając nos do góry. Mgnienie oka i już stoi na czterech łapach. Po chwili idzie dalej wzdłuż drogi, a ja bardzo wolno jadąc podążam za nią.
To co zobaczyłem za chwilę, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zza niewielkiego wzniesienia drogi wychodzi jeden, dwa, trzy lwy. Wychodzą duże lwy, wychodzą też małe lewki. Jestem świadkiem rodzinnego, lwiego spotkania. „Moja" lwica czule wita się z wszystkimi przychodzącymi lwami. Zwierzaki ocierają się o siebie, oblizują. Ale to nie koniec. Na drodze przybywa lwów. Osiem, dziewięć... i jeszcze dwa maluchy, które najwyraźniej nie mogły nadążyć za rodzeństwem. Jedenaście lwów cieszy się ze spotkania. Koty baraszkują, cieszą się, pomrukują. Cóż to za widok! Trudno opisać, co czuję w tej chwili.
Zwierzaki otaczają samochód, przechodzą dosłownie ocierając się o drzwi. Z respektem przymykam okno. Nie mam śmiałości trzymać dłoni z aparatem tak blisko od pięknych, ale dzikich kotów. Grupa przechodzi obok, a na koniec mijają mnie dwa maluchy, którym jeszcze trochę plączą się łapy. Nie nadążają za starszymi siostrami i braćmi. Kwilą, wydając dźwięki „auć" „auć".
Wielka rodzina powoli, przystając co chwilę w oczekiwaniu na najmłodszych, idzie drogą. Jeszcze kilkaset metrów podążają „moją" drogą, choć powinienem napisać, że to ja podążam po ich drodze, bo przecież to ja tu jestem gościem. Robię ostatnie zdjęcia, a lwy schodzą w bok, do buszu, gdzie szybko nikną mi z oczu.
Pozostaję w euforii spotkania. Przez chwilę chcę jechać dalej. Chcę dotrzymać im kroku, chcę ich szukać. Przychodzi jednak otrzeźwienie, ale i wielka radość ze spotkania. Przez ponad godzinę byłem sam z wielką lwią rodziną. Bliższego kontaktu z dziką przyrodą w tym momencie nie wyobrażam sobie.
Wracam szczęśliwy do obozowiska. Wracam pełen prawdziwych wrażeń i największych emocji, jakie niesie za sobą tak niespodziewane, niezwykłe i osobiste przeżycie.
Powrót
W Narodowym Parku Krugera spędziłem kilka dni. Chłonąłem przyrodę. Podziwiałem zmieniające się krajobrazy. Obserwowałem zwierzęta, bo radość sprawia nie tylko „bliskie spotkanie" z wielką piątką, ale również podpatrywanie zachowań każdego zwierzaka napotkanego na swojej drodze.
Wyjeżdżając z Parku podziwiam kanion rzeki Blyde, jeden z największych zielonych kanionów na świecie, niezwykłe kotły eworsyjne u zbiegu rzeki Truer i Blyde nazwane Bourke's Luc Photoles czy liczne wodospady.
W czasach pogoni za tym, czego tak naprawdę nigdy nie jesteśmy w stanie dogonić, chwile spędzone w Parku Krugera zostaną mi na zawsze w pamięci.