Tekst Maria Kaniewska
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 98/99 grudzień 2010/styczeń 2011
Odessa to nie tylko „Samotny
biały żagiel", Potiomkinowskie
schody, największy port
na Ukrainie, wspaniałe plaże,
wycieczki na Krym, muzea,
artyści, Benia Krzyk. To również
koty - koty najrozmaitszych ras,
rozmiarów i kolorów.
Odessa jest miastem młodym, liczy sobie niewiele ponad 200 lat (2 września uroczyście obchodziła 216 urodziny).
Można tu jednak posmakować niezwykłej różnorodności, która z pewnością zrekompensuje brak średniowiecznych zabytków. Milionowa ludność to głównie Rosjanie i Ukraińcy, ale także Mołdawianie, Tatarzy, Gruzini, Żydzi, Grecy, Polacy, Niemcy. Mówią przeważnie po rosyjsku. Wszyscy uważają siebie za odesytów i są dumni ze swojego miasta, ale tym, co ich najbardziej jednoczy, jest z pewnością morze. Do najbardziej ekskluzywnej plaży, Arkadii, dojeżdża się tramwajem, a potem wędruje ukwieconą aleją.
Na jednej z ławek siedzi staruszek z długą siwą brodą i dzierga szydełkiem kapelusze. To nie do wiary, ale ten sam staruszek siedział tu 15 lat temu! Na innej ławce przysiadła starsza pani. Właśnie nakarmiła gromadkę kotów i teraz czyta sobie w ich towarzystwie gazetę. Ja też przywabiłam tu sporą rodzinkę. Obserwując to różnokolorowe stadko, można by zgłębiać tajemnice dziedziczności i rozmaitych krzyżówek!
Na plaży sporo ludzi, przyszli grubi i chudzi, starzy i młodzi, zdrowi i kalecy. Biznesmeni w porze lunchu i młode dziewczyny w mundurach jakiejś straży. Obok mnie siedzi kobieta o twarzy pokrytej siecią głębokich zmarszczek, w kapeluszu ani chybi wydzierganym przez tutejszego staruszka. Nikt nie wstydzi się swojej tuszy, ułomności ani starości, nikt się nikomu natarczywie nie przygląda. Wszyscy ci ludzie przyszli popatrzeć na morze. Jedni brodzą po chłodnej już o tej porze roku wodzie, inni po prostu siedzą i patrzą w milczeniu, jakby to patrzenie dodawało im sił do codziennych zmagań, jakby chcieli swojemu morzu powierzyć troski i kłopoty.
Jedną z głównych atrakcji Odessy był niegdyś największy w tej części Europy (niektórzy mówią nawet, że największy na świecie!) bazar, „Priwoz". Można tam było kupić gąbkę z egzotycznych mórz, szczygła w klatce, wyborne winogrona gruzińskie i mołdawskie, wśród których chyba najsłodsze były „paluszki Izabeli" o wysmukłych ciemnoczerwonych owocach. Na środku stała ogromna wywrotka „Kamaz", wypełniona po brzegi strąkami papryki, obok piętrzył się niebotyczny stos arbuzów i melonów. Można było kupić dorodny dereń z Kaukazu, pigwy, najprzeróżniejsze owoce i bakalie, pomidory i wszelkie warzywa, wonne zioła i przyprawy oraz szczególny przysmak: sałatkę warzywną (z buraków lub marchwi), wyśmienicie przyprawioną kolendrą i innymi ziołami, skropioną oliwą i zawiniętą w liść winogron. Inną odeską specjalnością były długie „strąki" z orzechów zatopionych w słodkim złocistym albo ciemnoczerwonym syropie. Przypominały nieco strąki chleba świętojańskiego, tylko były bardziej pękate. Z jednej strony bazaru ciągnęły się niemal bez końca hale, gdzie kobiety w śnieżnobiałych, wykrochmalonych fartuchach i czepkach sprzedawały tłusty twaróg, „bryndzę" (coś w rodzaju słodkiego bundzu), śmietanę tak gęstą, że można ją było kroić nożem, osełki masła, w drugim rzędzie były rozmaite rodzaje miodu, kawałki pszczelich plastrów do wysysania jak cukierki, równie długi rząd zajmowały stoły pełne niezrównanych w smaku wędzonych w dymie szynek, kiełbas, boczków i bekonów. Królowały tu ryby i krewetki i kręciło się zawsze mnóstwo kotów, tak że trzeba było uważać, żeby nie nadepnąć jakiegoś maluszka.
Dziś „Priwoz" pomału kurczy się, przekształcając się w ekskluzywny supermarket. Ryby i krewetki sprzedawane są w ogromnej, przeszklonej hali, pełnej chłodni i zamrażarek. Z jednej strony rozpościera się cała ściana suszonych ryb rozmaitej wielkości. W pobliżu raki - kopiasta góra różowych, ugotowanych, a obok wielkie misy żywych, przykrytych okrągłymi plecionymi kolorowymi makatkami (przykryte nie próbują uciekać). W akwarium olbrzymie homary ze szczypcami zabezpieczonymi gumkami, żeby ich sobie nawzajem nie poodcinały. W chłodniach krewetki - od maleńkich jak robaczki do ogromnych jak raki, zielonkawych i horrendalnie drogich. Na środku króluje pomnik Madame Storożenko - srogiej rybnej handlarki z powieści Katajewa, która bezlitośnie wykorzystywała swoich małych dostawców. Nie przypominam sobie, żeby ta niezbyt sympatyczna książkowa postać lubiła koty, tu jednak, w swoim pomnikowym wcieleniu, Madame Storożenko uśmiecha się dobrodusznie, a o jej nogi ociera się dachowiec.
Są jeszcze w Odessie dwa inne bazary. Na rynku „Starokonnym" można kupić żywą kozę czy królika, a całą aleję zajmują klatki z rasowymi psimi i kocimi pięknościami. Panie wachlują swoje persy, żeby nie dokuczał im upał, bawią się z nimi, zachwalają.
Z daleka dobiega koci płacz. Do dziś żałuję, że poszłam w tamtą stronę. To wielka klatka wypełniona kocim drobiazgiem, do kupienia za grosze, jest też grupka z napisem „Za darmo". Od czasu do czasu takie młode kotki odławia się na ulicy i przywozi na bazar, bo jest jakaś szansa, że znajdą dom. Niewątpliwie w Odessie kotów jest za dużo, w żaden sposób nie reguluje się ich rozmnażania. Z drugiej strony te, które
przyszły na świat w piwnicach i na podwórkach, mają się chyba lepiej niż w Polsce. Nie ma mowy, żeby wałęsały się wychudzone i chore w poszukiwaniu pożywienia. W każdym sklepie spożywczym, nawet niewielkim, jest dział kociej karmy, i to bardzo praktycznie zapakowanej w niewielkie torebki, ot w sam raz, żeby wsadzić do kieszeni, kiedy się idzie na spacer. Bo na każdym spacerze można mieć stuprocentową pewność, że karma się przyda. „Whiskasy" sprzedawane są w wielu smakach, bywa kilkanaście rodzajów, jest naprawdę w czym wybierać.
W niejednym sklepie czy na bazarowym straganie wita nas kot-rezydent, nierzadko bardzo urodziwy. Zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie (nie tylko w Odessie, również w Kijowie) z upodobaniem hodują rasowe koty, a ich atrakcyjne krzyżówki można spotkać dosłownie wszędzie. Często bowiem są to koty wychodzące, a zatem czystość rasy nie jest tu warunkiem koniecznym, by pupila kochano i dbano o niego. Spotykaliśmy więc na przykład rudowłose olbrzymy o niemal lisich kitach, czarnowłose mieszańce z ozdobami, którymi natura zapragnęła „poprawić" hodowlane wzorce, jako to biały krawacik czy skarpetki albo niezwykły odcień puszystego ogona, widzieliśmy też koty szaroniebieskie z pomarańczowymi plamami na grzbiecie sprawiającymi wrażenie, jakby na kocie futro padało przesiane przez liście światło słoneczne.
Często można zobaczyć na schodkach przed wejściem do domu czy sklepu kocyk dla kotka, miseczki z wodą. Psy nie atakują tu kotów, chociaż jest ich też dużo. Ale nie tylko takie zwierzęta można zobaczyć w Odessie. Na daszku przybudówki gmachu milicji (!) sjestę odbywają wspólnie... kozy i gromadka rozbrykanych młodych kotków. Kozy te wędrują sobie swobodnie ulicami, często odwiedzając pobliskie osiedle. Wiemy już dlaczego. Oto jedna z nich podchodzi do śmietnika, zręcznie wyjmuje z zawieszonej tam reklamówki kromkę chleba i łypiąc na nas okiem, zajada z apetytem.
Współczesna Odessa to miasto pogłębiających się kontrastów. Można tu zobaczyć samochody, które w Polsce są jeszcze rzadkością, imponujące orszaki ślubne, karety czy kilkumetrowej wysokości bukiety-piramidy z setek białych kwiatów, ustawiane z tej okazji w parku. Wzdłuż wybrzeża, na bulwarach, którymi można w cieniu starych platanów wędrować od jednej plaży do drugiej, powstają apartamentowce o wymyślnej architekturze, w porcie stoją kosztowne żaglowce, na jednej z ekskluzywnych plaż koparki wybierają właśnie z dna morza piasek i przenoszą go na wybrzeże - będzie biały jak śnieg, delikatny, zadowoli najbardziej wybrednych. W tym samym mieście mieszkają też ludzie bardzo biedni. Na „Starokonnym" bazarze próbują sprzedawać swój skromny dobytek: znoszone ubrania, stare książki, a nawet gazety i pocztówki z prywatną korespondencją. Nierzadko towarzyszą im koty, może chudsze niż gdzie indziej, ale bynajmniej nie bezpańskie i bezdomne.
Secesyjna Odessa, z pięknymi kamienicami zajmującymi całe „kwartały", pomału, ale zauważalnie, zaczyna tracić swój niepowtarzalny charakter. To prawda, że nawet te najpiękniejsze, najozdobniejsze budynki wznoszono niegdyś z nietrwałego piaskowca. Dziś spoza odpadającego tynku wyzierają niekiedy nie tylko fragmenty zbutwiałego drewna, ale nawet... trzciny. Bywa, że ściany pękają, stanowiąc zagrożenie dla mieszkańców, i wtedy budynek niefrasobliwie się rozbiera. Miejsce starej zabudowy zajmują ultranowoczesne wieżowce, nierzadko 16-piętrowe. Dawniejsza Odessa słynęła ze swego do dziś ruchliwego portu dla ruchu towarowego i pasażerskiego (największego nad Morzem Czarnym), z dzielnicy pełnych uroku
sanatoriów kryjących się wśród imponującej zieleni, opery, muzeów. Pobliskie limany z uzdrawiającą borowiną przyciągały już w XVIII i XIX stuleciu kuracjuszy z dalekich stron, a liczne letniska gromadziły zamożnych gości. Obok tej Odessy istniała jakby „sub-Odessa" - słynna w całej ówczesnej Rosji Mołdawanka, dzielnica o unikatowym, orientalnym charakterze, w której plątanina uliczek, zaułków, niezliczonej ilości kryjących się za murami domków, przybudówek, komórek, składzików stanowiła nie tylko praktyczne mieszkania dla uboższej ludności, ale również wymarzone miejsce działalności różnego rodzaju złodziejaszków i mniej czy bardziej groźnych przestępców, z których najsłynniejszy był oczywiście Benia Krzyk.
Z dawnej Mołdawanki zostało już niewiele. Resztki domków z powykrzywianymi oknami, brukowanymi podwóreczkami, dziedzińcami przykrytymi winoroślą, malowniczymi drewnianymi bramami - otaczają zewsząd place budowy. Nikt już nie przejmuje się reliktami szczególnej historii tego miejsca, większość odesytów chciałaby zapomnieć o jego niezbyt chlubnej przeszłości. Z równą zapamiętałością wyburza się zresztą XIX-wieczne kamienice wzdłuż głównych ulic i być może za dziesięć lat centrum Odessy ze swoimi McDonalds'ami, reklamami, wieżowcami ze szkła i stali upodobni się do wielu europejskich miast, a ogromny sobór ze srebrnymi kopułami i stojąca naprzeciw perełka architektury - dworzec kolejowy - będą jedynym wspomnieniem po XIX-wiecznym mieście. Zanim to się jednak stanie, warto pospacerować po starych ulicach, ocienionych wielkimi platanami, zaglądając koniecznie do podwórek. Nie ma tu jeszcze zamykanych bram i domofonów, więc śmiało możemy zanurzyć się w atmosferę żywego wieku XIX - wszystko jedno, czy będą to tyły zadbanej secesyjnej kamienicy, czy niewielkiego jednopiętrowego domu. Niemal wszędzie można zobaczyć na środku stare drzewo, mały ogródek, piękne kute balustrady balkonów, nierzadko drewniane schody i galerie, czasami stare żeliwne studnie, malowniczo rozwieszone pranie. I prawie zawsze koty, duże i małe, bajecznie kolorowe, zawsze chętne do pieszczot. Ludzie życzliwie spoglądają na przynoszone tam torebki z kocią karmą, chociaż czasami wstydzą się biedy swoich podwórek. Chętnie wdają się w rozmowy o swoich podopiecznych, a koty... wystarczy wyciągnąć przyjaźnie rękę, a już zewsząd wychodzi cała gromadka. Nigdy się nie zdarzyło, by uciekały w popłochu lub kryły się przed nami, czekały tylko na jakiś gest z naszej strony.
Na pewno to niezwykłe miasto staje się bardziej dostępne dla turystów, dzięki którym zapewne będzie się bogaciło.
Zachodnie firmy odzieżowe, kosmetyczne, europejski przemysł spożywczy wypierają stopniowo miejscowe produkty. Odessa staje się jednak coraz mniej egzotyczna. Gdyby koty potrafiły analizować te przemiany, na pewno zauważyłyby, że rzadko kiedy kupuje się teraz dla nich małe rybki i krewetki na „Priwozie" - muszą przestawić się na śladowe ilości rybki w „whiskasach"