Artyści wolą koty - Rozmowa z Maciejem Damieckim

Tekst Adżelika Piechowiak
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 95 WRZESIEŃ 2010

 Andżelika Piechowiak: Wielu właścicieli kotów z lekkim wstydem i ubolewaniem przyznaje, że odkąd w ich domu pojawił się miauczący czworonóg ich życie kręci się wokół jego potrzeb i humorów. Pan odnosi podobne.
wrażenie?
Maciej Damięcki:
Wisława Szymborska doskonale ujęła ten problem pisząc piękny wiersz o tym, czego nie robi się kotu. Kiedyś nienawidziłem tego zwierzęcia ze względu na alergię. Byłem tak mocno uczulony, że
wystarczyło, żeby kot przeszedł po parapecie z drugiej strony okna, a mnie już, zanim jeszcze zdążyłem go
zauważyć, atakował katar i chrypka. Gardło puchło, nie mogłem mówić, a nos przypominał kran. Trzeba było
trafu, że poznałem moją przyszłą żonę, która zawsze była ogromną kociarą.
I pojawił się nie lada problem, bo jak tu pogodzić te dwie miłości?
Koledzy zakładali się kto u niej wygra - kot, czy ja? Filip, dachowiec z przetrąconą łapą był wspaniały, więc
stanowił poważną konkurencję. Kiedy razem zamieszkaliśmy było ciężko. Wieczorami mówiło się
kotu - idź do drugiego pokoju, i on grzecznie stosował się do próśb. Potem od jednego z naszych przyjaciół
z naprzeciwka, ciągle podróżującego, wynajęliśmy mieszkanie - dla kota. Filip pogodził się z sytuacją,
wystarczyło mu wszystko wytłumaczyć, żeby zrozumiał, że tak musi być. Kiedy wychodziłem do pracy, Aśka siedziała z kotem. Kiedy doszło do tego, że mieliśmy się pobrać, nie było wyjścia. Ja wygrałem, kot przegrał, za co szczerze kota przepraszam.
Można by rzec - siła wyższa...
Baśka, mama mojej żony, zawsze mawiała, że ta moja alergia, to coś dziwnego i niezrozumiałego dla niej. Kiedy żona przekonywała ją, że na widok kota lecą mi łzy, ona powtarzała: „Przecież to aktor, może udawać". „Ale mamo, on puchnie!"- dodawała Aśka. „Bo to dobry aktor"- słyszała w odpowiedzi. Tak, czy siak, kot został oddany w dobre ręce, a myśmy się pobrali. Potem urodził się Mateusz i Matylda, a ja wyjechałem do Stanów. Kiedy w Polsce nie było pracy, zarabiało się jeżdżąc na tzw. „kontraktorkę" do Ameryki, czyli żeby budować domy. Przez dwa tygodnie, na początku
pobytu, musiałem zatrzymać się w mieszkaniu gdzie był kot. Pomyślałem - tragedia, tymczasem stało się coś zaskakującego. Może to sprawa odległości, przebycia Atlantyku, innego klimatu, ale nagle moja alergia znikła i kot przestał mi przeszkadzać. Pytałem później lekarzy, czy to w ogóle możliwe, powiedzieli: „Raczej nie, ale czasami się zdarza".
Żona musiała być wniebowzięta!
Zadzwoniłem do niej i mówię: „Alergia mi przeszła, bierz kota". Usłyszałem w odpowiedzi: „Jak wytrzeźwiejesz, to zadzwoń jeszcze raz". Zadzwoniłem drugi raz i mówię: „Bierz kota!" „Jeszcze nie wytrzeźwiałeś?" - zapytała zirytowana. Uwierzyła dopiero za trzecim razem. „Dobrze - powiedziała w końcu - biorę kota, ale jak znowu będziesz miał katar, to ciebie oddam w dobre ręce, a nie jego!"
I po powrocie do Polski zastał Pan dodatkowego domownika?
Oczywiście - miał na imię Budyń. Ten, z którym miałem do czynienia w Stanach, nazywał się Kisiel, więc żona wymyśliła naszemu podobną ksywę. Mimo, że nie było mnie pół roku w domu, rodzina zamiast ucieszyć się z mojego powrotu, bardziej martwiła się jak zareaguję na kota, zacznę płakać, kichać, czy może puchnąć. Tymczasem nic takiego się nie stało, a kot był fantastyczny, wspaniały i oczywiście najmądrzejszy na świecie. Aśka nauczyła go różnych sztuczek, umiał na przykład, podawać łapę, reagował też na hasło - kładź się. Rozumiał absolutnie wszystko, co się do niego mówi, choć nie zawsze chciał się do tego stosować. Potem w domu pojawił się pies i Budyń zaczął go wychowywać. Z czasem stali się najlepszymi kumplami. Cudownie się razem bawili, szczególnie w chowanego. Kot uciekał, a pies go gonił, kiedy kotu zaczynało się nudzić, wskakiwał gdzieś wyżej, albo chował się za płaszczami, wtedy zestresowany pies tracił orientację, co się stało z kotem? Budyń po chwili zirytowany jego niezaradnością, postanawiał nieco podgrzać atmosferę i nauczyć gnojka rozumu. Czekał, aż pies podchodził bliżej i szybkim ruchem łapy walił go po głowie, po czym szybko chował się z powrotem. Zabawa była przednia. Pies notorycznie chodził za kotem „w tramwaju", czyli z nosem w jego zadku we wszystkim go naśladował. Kiedy kot ostrzył pazury na nogach wielkiego drewnianego stołu, (tam mógł to robić, innych mebli nie ruszał), pies za wszelką cenę chciał robić to samo, chociaż nie bardzo wiedział jak. Wspinał się na te swoje krótkie nóżki, zjeżdżał oczywiście na mordę na podłogę, ale był szczęśliwy i szedł za kotem dalej. Kochali się strasznie. Kiedyś kot wyfrunął za gołębiem z balkonu. Mieszkaliśmy wtedy na trzecim piętrze. Matylda była sama w domu. Kiedy nie mogła znaleźć kota, zdzwoniła do Aśki z płaczem - „Mamo, nie ma kota!". „Może drzwi od balkonu było otwarte?"- zapytała żona. „Były". „To zobacz na dole, czy go nie ma". Matylda wróciła i stwierdziła - „Ciała nie ma..." Żona natychmiast przyjechała. Po chwili znalazły go całego połamanego, bo upadając zaczepił jeszcze o barierkę. Lekarz powiedział, że tego się nie operuje u kotów i albo trzeba go uśpić, albo samo się zrośnie. Przez jakiś czas kot potwornie cierpiał, siedział, telepał się, a pies był cały czas obok. Wylizywał go, jak to tylko koty wzajemnie potrafią. Właściwie to on najbardziej pomógł wrócić Budyniowido dawnej formy.
Jak długo mogli Państwo cieszyć się obecnością Budynia?
Był z nami prawie 18 lat. Pamiętam jak uratował nas, kiedy zapaliła się pralka. Była 6 rano, wszyscy spaliśmy,
a Budyń wszedł do sypialni i zaczął miauczeć. Żona powiedziała: „Daj spokój, jeszcze za wcześnie na jedzenie", ale w końcu ustąpiła i poszła nasypać mu karmy. On tymczasem zamiast do kuchni powędrował do łazienki, usiadł przy drzwiach i drapał łapą. Żona schyliła się i zobaczyła w rozlanej kałuży wody błyskające płomienie. Okazało się, że zapalił się silnik. To było wyjątkowo mądre stworzenie. Budyń miał też swój ulubiony program - „len lekko zabrudzony". Króciutkie pranie, po którym następowało wirowanie. Uwielbiał to, siadał i obserwował. Kiedyś żona kupiła mu telewizor za 20 złotych, czyli karmik dla ptaków. Ustawiła go na tarasie i co rano wysypywała tam pokarm, a Budyń siedział za szybą w domu i nie spuszczał oka z pierzastych stołowników. Był wyjątkowo cierpliwy, pozwalał Matyldzie ubierać go w sukienki i wkładać do wózka, powoli bez protestów usypiał w nim. Gdyby mu to przeszkadzało, znając koci charakter, syknąłby i uciekł. Moja żona nauczyła go przychodzenia na gwizd. Potem, kiedy zaczęła śpiewać w chórze nie mógł znieść jej ćwiczeń wokalnych. Jak tylko wydobywała z siebie dźwięk pełnym głosem, przybiegał do kuchni, wskakiwał na stół i miauczał, a kiedy to nie skutkowało, kładł jej łapę na ustach!
Uwielbiał jeździć z nami na wakacje do domku nad morzem. Miał tam swoje królestwo, zaanektował całą przestrzeń, zostawiając psu skrawki terenu.
W pewnym momencie, z racji wieku, zaczął powoli odchodzić. Musieliśmy się z nim rozstać. Zdecydowaliśmy się na kremację i pochowaliśmy pod świerczkiem, gdzie lubił przesiadywać. Aśka oczywiście bardzo rozpaczała. Ja, jako mężczyzna starałem się być trochę odporniejszy. W końcu Matylda przyniosła do domu małego rudego kotka. Żona natychmiast się w nim zakochała. Ze względu na kolor sierści dostał na imię Ginger.
Jak zareagował pies na jego pojawienie się w domu?
Na początku był troszkę nieufny, tęsknił do Budynia , ale jak pojawił się drugi kot, po prostu go zaakceptował. Żadnego warczenia, awantur, dąsów. A propos kocio-psich relacji, przypomina mi się pewna historia. Kiedyś byłem w stadninie koni u moich przyjaciół, którzy mieli mnóstwo kotów i jednego psa - wielką wyżlicę. Nowy miot kociąt bardzo dawał się jej we znaki. Maluchy skakały po niej, ciągnęły za uszy, gryzły po ogonie. Ona tylko się opędzała.
Któregoś razu jednak nie wytrzymała. Jeden mały, szczególnie namolny kotek doprowadził ją do szału. Odgoniła wszystkie pozostałe, a tego jednego złapała zębami, chowając całą jego głowę w swej wielkiej paszczy, oczywiście na tyle delikatnie, by nie zrobić mu żadnej krzywdy. Z pyska wyżlicy wystawały tylko dyndające nóżki i tyci ogonek. Stanęła nie wiedząc co z nim zrobić, w końcu wyszła na zaorane pole, przednimi łapami wykopała dziurę, wsadziła go do niej i tylnymi zaczęła zakopywać, żeby tylko pozbyć się tego gnojka. Wyliśmy ze śmiechu, gdybym miał kamerę wygrałbym z tym nagraniem każdy festiwal filmów o zwierzętach. Oczywiście kot wygramolił się z dziury i uciekł. Pół roku później Ginger pojechał z nami nad morze i ciężko zachorował. Lekarze mówili, że to wirus. Co drugi dzień jeździliśmy do Słupska, dawaliśmy mu zastrzyki, kroplówki, ratowaliśmy go za wszelką cenę, ale marniał w oczach. W końcu nie mógł już nic jeść, ani chodzić, musieliśmy pozwolić mu odejść. Pochowaliśmy go na działce, wystawiliśmy kamień i musieliśmy pogodzić się z sytuacją... Aśka bardzo płakała, ale co można było zrobić?
Przygarnąć kolejne maleństwo potrzebujące miłości?
Weterynarz w Słupsku pokazał żonie zdjęcie czterech kotków. Był wśród nich uratowany od śmierci, rudy rasowy kot norweski leśny. Aśka natychmiast po niego pojechała. Nazwaliśmy go Dzyndzel. Kot jest do zjedzenia. Kiedy jesteśmy nad morzem, na wsi, kot melduje się tylko co dwie godziny, dostaje jakąś chrupkę, albo kawałek kurczaka i znowu znika do późna w nocy. Nawet deszcz mu nie przeszkadza. Jest bardzo łowny, przynosi myszy, nornice, krety i nie rozumie dlaczego wtedy krzyczymy. Teraz chyba już się wycwanił i konsumuje ofiary gdzieś w samotności, bo dojrzałem w paru miejscach resztki piórek.
Ta rasa podobno lubi łazić po drzewach?
To jedyny kot, który potrafi wejść na brzozę i sam z niej zejść. Budyń tak nie umiał. Pamiętam jedną
dramatyczną sytuację. Siedzimy kiedyś w domu, wiatr jak cholera, wieczór, kota nie ma. Nagle coś drze się jak diabli. Aśka poznała, że to Budyń. Dostrzegliśmy go na 10-metrowej brzozie, na samym czubku. Drzewo gnie się prawie do ziemi od wiatru, a on drze się wniebogłosy ze strachu. Popłoch, przerażenie, bezsilność. Na szczęście syn sąsiadów jest taternikiem. Opasał się linami, wziął dużą torbę i wszedł na to drzewo. Kot był tak przerażony, że sam zapakował się do torby i w ten sposób został uratowany.
Dzyndzel też potrafi podawać łapę?
Łapy nie podaje. Jest indywidualistą. Budyń też nim był. Aśka mówiła czasem: „Budyń, skocz na krzesło", on
nic. „Budyń wskocz" - on nic. „To nie wskakuj" i nie wskakiwał. Wszystko rozumiał. Dzyndzel rzadko przychodzi do człowieka na pieszczoty. Aśce czasem udaje się go skusić, wtedy układa się i „ciumka" swój ukochany sweterek. Moja żona w ogóle jest królową zwierząt, do niej koty i psy lgną bardziej.
Nie czuje się Pan w związku z tym lekko odtrącony?
Ja jestem panem domu, myśliwym przynoszącym jedzenie. Królową jest Aśka.
Dziękuję za rozmowę.
Druga część wywiadu w następnym numerze.



 

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl