Z Ewą Wencel, aktorką filmową, teatralną i telewizyjną, rozmawia Katarzyna Pielak
Zuza wskakiwała mi na kolana i tak sobie siedziałyśmy, bujając się w fotelu. To była nasza chwila przed rozpoczęciem dnia. Niekiedy o 4 rano, przed wyjazdem na plan. Byłyśmy wówczas tylko we dwie i tylko dla siebie.
Katarzyna Pielak: W Pani domu przez wiele lat była Zuzia...
Ewa Wencel: Zuzia była kotkiem znajdką. Przyniósł ją syn ze szkoły i ukrył w domu, na piętrze, w nieużywanym pokoiku. Mieszkaliśmy wtedy w Komorowie. Tej nocy budziłam się kilkakrotnie, gdyż wydawało mi się, że słyszę płacz dziecka. Weszłam na gorę, zajrzałam do pokoiku, z którego dochodziły dźwięki, i zobaczyłam... małego kociaka. Obok miseczka, mleczko, kocyk, legowisko. Syn ukrył ją tam przede mną i pewnie wydawało mu się, że ja tego nie zauważę. I tak właśnie Zuzka znalazła się u nas w domu. Później przez nasz dom przewijało się jeszcze wiele kotów - były podrzucane przez płot, zabierane gdzieś na ulicy, bo potrzebowały pomocy. Sama Zuza urodziła trzy maluchy. Przy porodzie pomagał jej mój syn - a miał wtedy dwanaście, może trzynaście lat. Jeden z kotków, syn Zuzanny i największego kociego bandyty z całej okolicy - Bilbo, wylądował u Artura Barcisia. Bilbo był podobno postrachem całego domu i ulubieńcem żony Artura. Zuzia bardzo długo mieszkała z nami w Komorowie, gdzie miała do dyspozycji cały dom i ogród. Przed sześcioma laty przeprowadziłyśmy się do mieszkania w Warszawie. Bardzo bałam się tej przeprowadzki, ponieważ nie wiedziałam, czy przyzwyczai się do życia na mniejszej przestrzeni. Przerażała mnie myśl, że gdy otworzę balkon, ona wyskoczy, była przecież przyzwyczajona do ogrodu, polowań, mogła chodzić gdzie chciała. Ponieważ mam dwa balkony, postanowiłam wytłumaczyć Zuzi, że nie wolno z nich wyskakiwać. Wyszłyśmy pierwszy raz na balkon, ona wskoczyła na poręcz. Powiedziałam: „Nigdy więcej tak nie rob, bo ja cię już nie znajdę". I sprowadziłam ją na dół. Od tamtej pory nigdy nie próbowała tego powtórzyć, wchodziła tylko na parapet. Zrozumiała, że tu jest nasz nowy dom, i zaakceptowała nową sytuację. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że ciągle
jest głodna. Zanim przeprowadziłyśmy się do Warszawy, mało jadła. Nagle potrzebowała dużo więcej karmy. Pomyślałam, że to stres albo choroba. Poszłam z nią do lekarza. Okazało się, że w Komorowie po prostu polowała.
Co w Zuzi było wyjątkowego?
Miała mądrość w oczach i spokój, który bił od niej. Kiedy byłam zdenerwowana, przerażona jakąś sytuacją, miałam kłopot czy byłam chora, ona zawsze przychodziła do mnie, kładła się na moim brzuchu, patrzyła na mnie mądrymi oczami. Jej bicie serca uspokajało mnie, było bardzo kojące. Zawsze była przy mnie, jak przyjaciel, który zjawia się wtedy, gdy jest potrzebny. Ciągle coś gadała, chodziła za mną jak pies, bardzo dzielna, odważna. Czasami oczywiście rozrabiała, jak to każdy kot, ale naprawdę nie mogłam narzekać. Była przeurocza, cudowna, cała czarna i niesamowicie elegancka. Zuza była niesłychanie inteligentnym i mądrym kotem. Koty mają taką swoją mądrość - wiedzą, że wolność jest największą wartością w życiu. I próbują tę wolność zachować. Całkowicie akceptuję tę kocią niezależność. Dlatego koty są mi bliższe niż psy. Teraz, kiedy już Zuzki nie ma, bardzo mi jej brakuje.
To może warto pomyśleć o nowym kociaku?
Mieszkając w mieście, nie zdecyduję się na młodego kotka. Z Zuzą było inaczej, przez 13 lat żyła w domu z ogrodem, stale ktoś był w domu, nie była sama. Gdy przeniosłyśmy się do mieszkania, była już dorosła. Nie miała takiej siły, żeby ganiać, szaleć, rozrabiać. A małego kociaka od razu zamknąć na tak małej przestrzeni? Nie, nie zrobiłabym tego.
A gdyby syn zrobił Pani taką niespodziankę jak przed laty...
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 109 listopad 2011
Powrót do: Czytelnia
Wywiady z opiekunami kotów
- artykuły z
KOCICH SPRAW
Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak
rozmowa z Jarosławem Gugałą […]