Tekst Andżelika Piechowiak
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 92 czerwiec 2010
Andżelika Piechowiak: Koty potrafią czasem spojrzeć na nas z nieskrywaną pogardą...
Katarzyna Adamik: One chyba w ogóle mają wrażenie, że to my jesteśmy ich zwierzętami domowymi. Ja nie mam o to do nich pretensji. Podoba mi się, że na miłość kota trzeba sobie zapracować. Jeśli źle się z nim obchodzimy, nie robimy tego, co należy do naszych obowiązków względem niego, czy nie okazujemy mu wystarczająco dużo miłości, kot obrazi się i naburmuszy. To bardzo równa relacja. Poza tym koty mają w sobie coś mistycznego, co zawsze mnie pociągało, jakąś tajemnicę, widzą coś, czego my nie widzimy. To nie tylko kwestia instynktu, one dostrzegają jakby inną przestrzeń, przyszłość, sferę ducha, przeczuć. Zawsze byłam kociarą, u nas to rodzinne. Moja babcia jest wielką miłośniczką kotów, od lat zajmuje się także tymi bezdomnymi, karmiąc je na podwórku.
Piękna rodzinna tradycja - dom w którym musi być kot...
Kiedy trzy lata temu przeprowadziłam się do Warszawy, już po pół roku czułam, że zadomowiłam się na tyle, by pomyśleć o kocie. Pierwszego dostałam w prezencie od swojej drugiej połowy, zapakowanego w piękne pudełeczko. Był malutki, czarno-szary i urodził się w sklepie monopolowym na Pradze. Nazywa się Myszkin, jest bardzo poważnym, myślącym, lekko markotnym i wielce wszystko przeżywającym kotem. Niestety w naszej filmowej pracy często jest się poza domem nawet przez 13-14 godzin. Myszkin źle znosił tę samotność, wpadł w depresje i postanowił zamanifestować swoje zagubienie zjadając myszki zabawki. Połykał je w całości, razem ze znajdującymi się pod futerkiem plastikowymi piłeczkami. Nie zauważyliśmy tego od razu. W pewnym momencie bardzo się rozchorował, okazało się wtedy, że cały brzuch ma zapakowany plastikowymi piłeczkami, konieczna była operacja. Postanowiliśmy, że zdecydowanie potrzebujemy drugiego kota. Tak pojawił się czarny jak smoła Franek. To bardzo "branżowy" kot, wzięliśmy go z planu serialu "Na kocią łapę".
Jak dogadują się dwa kocury żyjące pod jednym dachem?
Kotka byłaby, moim zdaniem, większym ryzykiem. Gdyby od początku nie dogadała się z kocurem, pewnie nigdy by się nie polubiły. Tymczasem Myszkin z Frankiem uwielbiają się. Co prawda trzy pierwsze tygodnie były ciężkie. Myszkin obraził się, że po domu pałęta mu się obce kocisko. Franek na szczęście ma niesamowicie przyjazną i niekonfliktową naturę. Myszkin go bił, prychał na niego, a tamten zawsze wracał z błogą minką, z szeroko otwartymi oczami, jakby w ogóle nie pamiętał, że przed chwilą dostał lanie. Teraz śpią razem, liżą się, bawią.
Koty, nawet mając czworonożnego towarzysza i tak obrażają się, że zostawiło się je na jakiś czas same w domu. Później trzeba je przepraszać...
One bardzo nas kochają i czują się kochane, więc są bardzo szczęśliwe kiedy wracamy. Na początku dają buzi, dopiero pół godziny później przypominają sobie, że powinny się obrazić. Głaszcze się je wtedy bardzo długo, mówi do nich, przytula je, co nie jest łatwe, kiedy kot jest naburmuszony. Trzeba się też z nim koniecznie pobawić. Skoro myszki stały się u nas tematem tabu, używamy po prostu gazety zwiniętej w kuleczkę. Najtańsza i najlepsza zabawka świata.
Co się mówi kotu w ramach przeprosin?
Dla nich najważniejszy jest ton. Kiedy kot jest grzeczny, to trzeba mu coś miłego powiedzieć, kiedy narozrabiał trzeba krzyknąć...
Tylko po co, skoro od kota i tak nie można nic wyegzekwować...
Mam wrażenie, że koty rozumieją praktycznie wszystko co do nich mówimy. Kiedy robią coś nieadekwatnego, to dlatego, że chcą coś zademonstrować i czegoś nas nauczyć. Można to wyczytać z wyrazu ich pyska Taki atawizm może być trudny do opanowania, kiedy w ramach protestu, na przykład, wszędzie sikają.
Może przeciwnicy kotów mają rację. Skoro jakieś stworzenie jest wredne, złośliwe i traktuje cię jak podrzędny gatunek, to jak można je lubić?
To jest cynizm niektórych ludzi. Zakładają, że zwierzęta muszą ich kochać i szanować, a oni mogą je traktować jak ozdobę domu. Złośliwość kocia to moim zdaniem mit, nie mówię tu o drobnostkach, kiedy powstaje jakiś konflikt, ale ogólnie koty są bardzo czułe.
Największa wpadka wychowawcza?
Myszkin dwa razy po naszym powrocie z długich podróży, w ramach protestu nasikał na łóżko. Trudno mi sobie wyobrazić gorszą rzecz...Szczególnie jak człowiek wraca zmęczony po miesiącach pracy i cieszy się, że w końcu wygodnie zaśnie we własnych pieleszach.
Trudno się wtedy uspokoić, ale podobno, głaskanie kota obniża ciśnienie krwi...
Kiedy usiądę na kanapie, kot kładzie się na mnie i nie mogę już wstać. Zamiast więc krzątać się po domu, on zmusza mnie do odpoczywania, dopóki nie znudzi go moje towarzystwo. Czytałam kiedyś, że ludzie mający koty żyją o 4-5 lat dłużej.
Pies też w jakiś sposób wydłuża życie, bo zmusza do spacerów na świeżym powietrzu. Z kotem jest trochę gorzej, choć bywają takie, które chodzą na smyczy...
Zazwyczaj nie są z tego bardzo zadowolone. Moje koty natomiast chętnie aportują. Ich kolejne dziwactwo to miłość do suchej karmy. Jeszcze nie spotkałam kota, który nie chciałby skonsumować kawałka mięsa, albo choćby jedzenia z puszki, a te - tylko sucha karma. Franek czasem, kiedy jemy sushi, skusi się na malusieńki kawałek ryby, tak dla smaku i zdarza mu się wylizać talerz po zupie pomidorowej.
Pierwszy kot również był tak wyjątkowy?
Podobnie jak Myszkin był popielato-czarny i nazywał się Wacław Holland. Miałam wtedy
10 lat i mieszkałyśmy z mamą w Paryżu, szłyśmy ulicą i w witrynie sklepu z zabawkami zobaczyłyśmy małego kotka. Siedział w klatce dla ptaszków i wyglądał jak mały szczurek. Nie chciałam stamtąd odejść, mama musiała go kupić, bo właścicielka chciała za niego jakieś pieniądze, mimo, że był znalezioną przybłędą. Już pierwszego dnia zgubił się w mieszkaniu, które wcale nie było duże. Mama nakrzyczała na mnie, że pewnie zostawiłam otwarte drzwi i uciekł. Szukałyśmy go cały dzień i noc, ja straciłam już całą nadzieję. Następnego dnia, przypadkiem, odkryłam go w szufladzie ze skarpetkami.
To musiał być bardzo dostojny kot, skoro nosił takie poważne imię...
Niekoniecznie, jego pasją było wspinanie się na szafę i skakanie z niej przechodzącym ludziom na plecy. Był z nami osiem lat. Kiedy wyjeżdżaliśmy na plan filmu mojej mamy pt. "Olivier, Olivier", na wieś, na osiem miesięcy, wzięliśmy go ze sobą. Bardzo mu się tam podobało. Znikał na całe dnie i noce, zwiedzał, poznawał, polował. Niestety, któregoś dnia zjadł zatrutego szczura. Męczył się okropnie przez dwa dni, zanim odszedł. Trucizna spowodowała zakażenie całego organizmu. Potem nie chciałam mieć kota. Po jakimś czasie jednak, mieszkając już w Los Angeles, znalazłam przez przypadek kolejnego kocura. Paradoksalnie przygotowywałam wtedy film o kobiecie, która myśli, że jest psem, pt. "Szczek". Mieliśmy kręcić scenę na dachu wieżowca w centrum miasta w Downtown w Los Angeles, robiliśmy dokumentację, gdy nagle pojawił się chudziutki, wyleniały, wyłysiały po bokach "tygrysowaty" kotek. Akurat jedliśmy obiad, dałam mu kawałek pizzy, zjadł go natychmiast i nie mogłam go już zostawić. Był bardzo chory, miał kocie Aids. Trochę go odchuchaliśmy, ale po dwóch tygodniach miał pierwszy atak. Zawieźliśmy go do kliniki, zrobili mu badania, przetoczyli całą krew i wróżyli trzy tygodnie życia. On tymczasem żył kolejne dwa lata, po których przeszedł kolejny atak, kolejną transfuzję i w dobrej formie wytrzymał następne dwa lata. To był wybitnie inteligentny kot.
Dziękuję za rozmowę. C.d.n.
Powrót do: Czytelnia
Wywiady z opiekunami kotów
- artykuły z
KOCICH SPRAW
Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak
rozmowa z Jarosławem Gugałą […]